|
09-01-2006 Rumunia,
USA
Manipulacje
ze zmodyfikowaną żywnością
Amerykańskie
firmy nasiennicze wykorzystują Rumunię jako
poligon doświadczalny oraz plac przeładunkowy dla
swoich transgenicznych i hybrydowych roślin. Stamtąd
ruszyć mają na podbój całej Unii Europejskiej.
Koncern
nasienny ze Stanów Zjednoczonych nazywa się, nomen
omen, Pioneer. W ciągu minionych 22 lat mało który
pracownik traktował nazwę tego giganta tak dosłownie,
jak Karl Otrok. Austriacki agroinżynier był w tym
czasie czymś w rodzaju forpoczty dla przebudowy
europejskiego rolnictwa według wzorca rodem z USA.
Otrok
rozpoczął pracę w Austrii, gdzie szybko awansował
na dyrektora zakładu. Na jego terenie Greenpeace
protestował przeciwko doświadczeniom ze zmutowaną
kukurydzą, co jeszcze dodawało mu skrzydeł.
„Biozapaleńcem nigdy nie byłem”
– mówi. Po zburzeniu muru berlińskiego został
menedżerem projektu na Europę centralną i przeniósł
punkt ciężkości do Europy wschodniej, gdzie do
sprawy podchodzono mniej sceptycznie niż w krajach
Unii. Zbudował na Węgrzech ogromny zakład
kukurydzy hybrydowej, w którą obecnie Pioneer
zaopatruje już całą Europę.
Otrok
objaśniał gospodarzom ze Wschodu nowe reguły gry
globalnego rolnictwa: ten, kto chce przeżyć, musi
zwiększać plony – tak jak to robią na całym
świecie, od Etiopii do Meksyku, współpracujący z
Pioneerem rolnicy. Jego firma ma, jak utrzymywał,
optymalne nasiona: kukurydzy wyhodowanej przy użyciu
wysoko zaawansowanych technologii, która tak często
sama się zapyla, że zapewnia niesamowite zbiory.
Korzystny
efekt tego roślinnego kazirodztwa trwa jednak tylko
przez jedno pokolenie, nie rodzi się bowiem zeń
nic dobrego. Już przy następnym wysiewie plony
spadają i rolnik musi co roku kupować nowe
nasiona. Dla wielu rumuńskich plantatorów
kukurydzy było to zaskakujące – i tak
drogie, że rząd tego kraju z początku
subwencjonował nowoczesne nasiona. System ów, w
USA prowadzący do nadprodukcji, spadku cen i
jeszcze większych subwencji, na Wschodzie
najwidoczniej może być jeszcze sprzedawany jako
postępowe rozwiązanie.
Zwłaszcza
w Rumunii, która zależy od rolnictwa, jak żaden
inny kraj w Europie, „kampania polowa”
amerykańskich lobbystów zdaje się święcić
triumfy. Kraj ten stał się już czymś w rodzaju
laboratorium doświadczalnego pod gołym niebem,
niezbyt kontrolowanym polem eksperymentów amerykańskich
koncernów. Bazą operacyjną, z której ma zostać
podbita Unia Europejska wraz z jej 480
milionami sceptycznych konsumentów.
60-letni
Karl Otrok od początku ubiegłego roku jest już na
emeryturze. Prowadzi w Bukareszcie małą agencję
maszyn rolniczych. „Któż może sobie pozwolić
na genetycznie zmodyfikowane ziarno lub hybrydową
kukurydzę?” – pyta dziś zastanawiająco
samokrytycznie. „Prawie nikt” –
odpowiada. (…) W lecie 2004 r. wypowiadał się
jeszcze dobitniej. Stojąc na tle pól pod
Bukaresztem z hybrydowym bakłażanem w ręku
stwierdził, że miło na niego popatrzeć, ale
smaku to żadnego on nie ma. Jeden z kolegów z
firmy Pioneer dodał wtedy, że rolnicy muszą wybrać
między smakiem a plonami.
Otrok
spointował to po ojcowsku: „Wyprowadziliśmy
w pole Zachód, a teraz naciągniemy całe rolnictwo
w Rumunii”. Mówiąc to, stał nie tylko przed
polami warzyw, lecz także przed kamerą Erwina
Wagenhofera, który kręcił film dokumentalny o
szaleństwie naszego żywienia („We Feed the
Word” – Karmimy świat – przyp.
Onet)
W
pierwszych trzech miesiącach po wejściu na ekrany
kin w Austrii obejrzało go 130 tysięcy widzów.
Obraz ten pokazuje, jak kurczęta tuż po wykluciu
trafiają całymi tysiącami na fabryczną taśmę.
Jak bezcenne lasy tropikalne zrównuje się z ziemią
pod uprawę transgenicznej soi. Jak szef Nestlé
Peter Brabeck chwali swoje placówki produkcyjne, w
których w ogóle nie ma ludzi. W filmie występuje
też Karl Otrok, koronny świadek groteski, którą
szczególnie dobrze widać w Rumunii. 22 lata na
froncie przemysłowego rolnictwa nie zdołały
zaimpregnować go przeciw wątpliwościom.
Na
filmie widać też sięgające po horyzont pola ze
zmutowaną soją. Amerykański koncern
(biotechnologiczny – przyp. Onet) i chemiczny
Monsanto od kilku lat dba o wielkopowierzchniowe
uprawy w Rumunii. Od ponad roku także Pioneer
– spółka córka amerykańskiego chemicznego
olbrzyma DuPont – udziela się w biznesie z
transgeniczną soją. Zmodyfikowane genetycznie rośliny
soi są odporne na truciznę chwastobójczą Roundup
rozprowadzaną przez Monsanto. Ten totalny herbicyd
ma zabijać wszystko, co zielone – tylko nie
zmutowaną soję.
Również
w Unii Europejskiej wprowadza się do użytku
transgeniczną soję. Od czasu, gdy zakazano
dodawania mączki zwierzęcej do pasz,
zapotrzebowanie na bogate w białko ziarna soi jest
ogromne. Komercyjne uprawy są jednak zabronione. Żaden
rolnik w kraju unijnym nie ma prawa zbierać takich
plonów – ale w Rumunii owszem. Tamtejsi
plantatorzy soi otrzymują nawet od UE subwencje.
Do
rozpowszechnianych przez agrokoncerny informacji o
sukcesach i zadowoleniu rolników z wyższych plonów
coraz częściej wkradają się jednak całkiem inne
doniesienia. Mówi się o powstawaniu superchwastów
odpornych na herbicydy, o rosnącym zużyciu tych
chemicznych substancji i o wymieraniu żab.
„Uprawy transgenetycznej soi w Rumunii są całkowicie
poza kontrolą” – mówi Dragos Dima.
Jest doradcą ds. rolnictwa w Bukareszcie i pracuje
nad realizacją projektów Banku Światowego.
Wcześniej
był dyrektorem w Monsanto, jednak w końcu 1998 r.
opuścił to przedsiębiorstwo. „Ani rząd,
ani Monsanto nie były wtedy gotowe i zdolne do
sprawowania kontroli nad technologiami
genetycznymi”.
Jak
się wydaje, do dzisiaj nic się w tej kwestii nie
zmieniło. W ubiegłym roku soję uprawiano na ok.
140 tys. hektarów, z czego 85 tys. ha stanowiły
kultury genetycznie zmodyfikowane. Uprawy soi
konwencjonalnej zajmowały co najwyżej 20 tys. ha,
pozostaje więc luka w postaci ok. 35 tys. ha
– twierdzi Dima.
Gabriel
Paun z organizacji Greenpeace może nawet wyjaśnić
tę lukę. W lecie przeczesywał kraj, testując
uprawy za pomocą specjalnych pasków wskaźnikowych.
Wyglądają one podobnie jak test ciążowy i reagują
na białko transgenicznych roślin. Dla pewności
wyniki sprawdzał Austriacki Federalny Urząd
Ochrony Środowiska. W rezultacie stało się całkiem
jasne, że uprawy genetycznie zmodyfikowanych roślin
w Rumunii całkowicie wymknęły się spod kontroli.
Oprócz soi Greenpeace wykrył także nielegalne
eksperymenty z ziemniakami i śliwkami.
Niemiecki
menedżer Monsanto, Andreas Thierfelder uważa
raport Greenpeace za „manipulację“ i
„straszenie“. „Im więcej
transgenicznej soi się uprawia, tym korzystniejsze
jest to dla środowiska” – twierdzi. Według
rzecznika firmy Pioneer kontrolę zapewniają
„kompetentne organy rządowe”. Jednak
dziko pleniące się rośliny nie wydają się
zbytnio interesować ani koncernów, ani rządu.
Chaos
to tylko jedno z wielu trudnych do wytłumaczenia
zaniedbań branży. Raz zapomina się ujawnić
wyniki badań, które wykazały, że transgeniczna
soja powoduje u szczurów zaburzenia wzrostu. Kiedy
indziej konwencjonalna kukurydza przez pomyłkę
zmieszana zostaje z genetycznie zmodyfikowaną.
„W ostatecznym rozrachunku oznacza to, że
prawie nie ma już produktów nieskażonych inżynierią
genetyczną” – mówi Otrok.
„W
czym problem? – pyta Constantin Sin,
specjalista od biotechniki w rumuńskim
ministerstwie rolnictwa. Genetycznie zmodyfikowana
soja jest jego zdaniem dobra dla kraju, a chwastobójczy
Roundup to „przyjazny herbicyd”. Jego
koleżanka Elena Badea, profesor biotechnologii na
uniwersytecie w Timiszoarze, stawia sprawę jasno:
„Zieloni nie są moimi przyjaciółmi”.
Gdyby
chciano jej pomóc, byłoby to w porządku, ale
wszystko inne tylko szkodzi rolnikom i Rumunii.
Oboje specjaliści są członkami komisji ds.
biobezpieczeństwa, która powinna mieć na oku
uprawy transgenicznej soi. W opinii pani Badea
stworzono „bardzo szczelny i sprawny”
system kontroli.
Trochę
realniej ocenia sytuację Adrian Tibu, rzecznik
ministerstwa rolnictwa: „Nie mamy jeszcze
mechanizmu, który umożliwiałby nadzór”.
Jak wynika z najnowszego raportu Greenpeace, nie
jest w ogóle przestrzegany obowiązek znakowania
produktów z udziałem roślin transgenicznych.
„Nie chcemy być koniem trojańskim dla
zmodyfikowanych genetycznie roślin w Europie”
– mówi Tibu i jednocześnie przyznaje, że
„już wcześniej przydałyby się ramy prawne
z surowszymi uregulowaniami”. Do 2002 roku w
Rumunii nie było nawet ustawy o technikach
genetycznych. Nowa regulacja, która ma podciągnąć
kraj do wymogów UE, przewiduje istnienie
laboratoriow testowych, jakich jeszcze wcale nie ma
– oraz doradców, takich jak Badea i Sin.
Od
ponad czterech lat przygotowywani byli do swojej
roli przez amerykańskie agrokoncerny oraz Amerykańskie
Ministerstwo Rolnictwa USDA. Amerykanie tak dbali o
skład komisji ds. biobezpieczeństwa, że zaprosili
do siebie Badeę i Sina oraz kilku rumuńskich
dziennikarzy. Tam spotkali się z amerykańskimi
rolnikami i zostali przyjęci przez menedżerów
firm Monsanto oraz Pioneer. Program obficie
zaopatrzony w środki lobbystyczne miał
„pozytywnie wpłynąć na przyszłość
technologii genetycznych w Rumunii”, jak
donosi raport USDA.
W
zamierzeniach tych mogłoby jednak przeszkodzić wejście
Rumunii do UE. Aby uratować rumuńskie uprawy
transgenicznej soi i ustanowić tam poligon testowy
Europy, firma Monsanto złożyła właśnie wniosek
o zezwolenie na uprawy transgenicznej soi w Unii.
Za
plecami Rumunów prowadzą teraz z agrokoncernami
intensywną propagandę na rzecz roślinnych mutantów.
Badea mówi, że kraje na wybrzeżu Morza Czarnego
mają przygotować konsumentów do techniki
genetycznej.
Elena
Badea pracuje w Timiszoarze nad ziemniakami
uzyskanymi w drodze manipulacji genetycznych.
Projekt wspiera Bank Światowy i firma Monsanto.
Pani profesor nie przeszkadza, jak się zdaje, fakt,
że rozpoczęto już próby polowe, chociaż
pozwolenie dotyczyło tylko testów w laboratorium.
„Ważne, żeby działać dalej” –
mówi. Tym, co przemilcza, jest mało wyraźny sens
ekonomiczny pospiesznego projektu.
Zdaniem
Amerykańskiej Agencji Rozwoju Międzynarodowego
UAID firma Monsanto przekazała prawa autorskie do
nowej odmiany kartofla uniwersytetowi w Timiszoarze
„z powodów humanitarnych “. Prawda jest
taka, że koncern amerykański nie odniósł z tym
produktem sukcesu. Sprzedaż transgenicznych
ziemniaków w USA wstrzymano już w 2001 r. Trzej
wielcy producenci frytek nie chcą stosować mutantów.
Na dodatek stonka ziemniaczana, na którą odporna
jest ta odmiana, zdaniem ekspertów w UE już i tak
została opanowana.
O
wiele większą przeszkodą jest odrzucenie
zmodyfikowanych produktów przez konsumentów. Pani
profesor tego nie kwestionuje. „To ich
problem” – uważa.
Opracowano
na podstawie: Der Spiegel w przekładzie
Onet.pl
|